Moje guilty pleasures, czyli czego powinienem się wstydzić

By | 19:32 4 komentarzy
Wstydliwe przyjemności to ogólnie bekowa sprawa. Każdy z nas przeżył kiedyś taką rozmowę, w której okazało się, że coś, co uwielbiasz, jest przez resztę społeczeństwa zrównywane z gównem. I teraz pomyśl, jak się czujesz, kiedy udajesz, że wcale tak jednak nie uważasz, że ogólnie oglądasz Jaka to melodia? dla beki i nie rozumiesz, jak ktoś może tak na serio.

Tak właśnie wygląda moje życie. Seria wymigiwania się z podejrzeń o to, że wszystko, co kiczowate i mało fancy, to nie ja. No bo: "Co? Oglądasz Eurowizję?", "Wyłącz to gówno, Paweł. Blog 27 serio jest chujowy!" albo "Jak możesz pić keczup?!". Oczywiście, że nie. Przy Was nigdy!

Guilty pleasures, na chłopski rozum, to rzeczy, których czujemy, że nie powinniśmy lubić, ale dalej lubimy. Robiłem research wśród innych blogerów, jakie hardcorowe przyjemności sobie fundują, ale nie mówią o nich głośno. W większości byłem zawiedziony... Okazało się, że moje życie jest jednym wielkim guilty pleasure. I jak ja mam napisać coś o moich wstydliwych przyjemnościach, skoro dla innych są to tak bardzo przyziemne rzeczy, jak chociażby... nie wiem, oglądanie Sexmasterki. Pewien prawnik po powrocie do domu ogląda memy - no dramat. Prawnik i memy?! Powinni go zawiesić w prawach prawników. Mam więcej przykładów osób, które niechętnie pochwaliły się swoimi cichymi grzeszkami. Pani pracująca w muzeum po kryjomu ogląda Pretty Woman, dziennikarka przeczytała książkę "Make Life Harder", a sama Hilary Clinton ogląda program o parze, która dekoruje mieszkania. Czy tylko ja nie rozumiem, co w tych rzeczach jest takiego "guilty"?

Po ciężkim rachunku sumienia, wybrałem moje słodkie przyjemności, które sprawiają, że moje serduszko płonie z radości. Bo przecież koniecznie chcecie wiedzieć o mnie jak najwięcej, prawda?

1. Paprykarz


Niby nic dziwnego. Każdy z nas je paprykarz. Ale czy każdy o tym mówi? Przypomnijcie sobie wszystkie te najgorsze momenty w życiu, kiedy musieliście powiedzieć kilka słów o sobie. Czy ktokolwiek z Was przyznał się, że kocha paprykarz? Nie. Ja też nie. Nawet na angielskim, kiedy uczyliśmy się o jedzeniu, na pytanie "What food do you like?" odpowiedziałem pizza, albo spaghetti (bo jest tak samo po polsku). Dzisiaj jestem ponad to i, gdybym mógł cofnąć czas, wróciłbym na salę i powiedział - "I like paprykarz. Paprykarz szczeciński. Cebula too, and everything with czosnek". Taki bym był. A co.

2. Żony Hollywood

Jak już pochwaliłem się moim angielskim, to od razu przejdę do mojej fascynacji, którą są Polki, mieszkające w Stanach Zjednoczonych. "Kobiety sukcesu", które swój sukces zawdzięczają głownie bogatemu mężowi. Nie liczy się jednak jak, tylko sam fakt. Nie ma nic bardziej fascynującego, niż oglądanie, jak nasze rodzime blondynki całe dnie "harują" nad swoim wyglądem, aby mąż po powrocie z pracy mógł za to dać im na nowego szanela. No kocham! Uświadamiam sobie, że przez całą godzinę, dzieje się tam... zupełnie nic, ale problemy dnia codziennego tj. kolor nowego samochodu ("Ja myślałam, że to będzie czerwone ferrari"), brak diamentów w pierścionku (słynne "No diamonds?"), pies Tobby, który nie chce chodzić po czerwonym dywanie ("Ty chodź po ten carpet!"), oraz pytania natury egzystencjalnej - "Czy five milions to dużo?" sprawiają, że jednak mamy jakiś "zarys" ciekawych wątków. Na uwagę zasługuje również polinglisz bohaterek.

3. Syndrom starej baby

Uwielbiam podsłuchiwać obcych ludzi. Nie tylko obcych, ale też. Kiedy jadę pociągiem czy autobusem, zazwyczaj słucham muzyki na słuchawkach. Jak tylko widzę jakąś dramę, wyciszam muzykę i udaję, że w ogóle nie obchodzi mnie ta rozmowa. Nawet dalej podryguję nóżką, żeby nie było. W końcu wcale nie interesuje mnie to, że Bożenę oszukała gazownia. Ja po prostu... Lubię wiedzieć. Kiedyś byłem na tyle bezczelny, że wyciągałem słuchawki i nie starałem się w żaden sposób chować mojej wścibskości. Dzisiaj jestem jednak o tę wiedzę mądrzejszy.

4. Góralski folklor

Nic tak nie rajcuje mojego serduszka jak dobra, góralska muza, do której kierpce same tańczą zbójnickiego, a ciupaga w powietrzu lata jak szalona. Niestety, jeszcze nie zaopatrzyłem się w parę takich fikuśnych bucików - na szczęście wszystko przede mną. Zastanawiam się, jak można nie kochać tych skrzypiec, tej gwary, tej kultury, tego wszystkiego, no! Kiedy pewnego razu byliśmy ze znajomymi na weekend w Krakowie, trwał tam akurat festiwal folkloru. Były występy prezentujące kulturę wielu krajów. Jako, że moich psiapsi raczej nie interesują takie "głupoty", oni poszli zwiedzać Costy i Starbucksy, a ja zasiadłem wraz z innymi współtowarzyszami biesiady (średnia wieku 50+) i czekałem na "naszych" górali. Może to wina tego, że gdzieś tam jakieś góralskie ślady krwi we mnie są, a może to po prostu zjebanie. Ale don't judge!

4. Paradokumenty

Jak może już zdążyliście zauważyć (albo i nie - a jeśli nie, to zapraszam do polubienia fanapge'a www.facebook.pl/lebioblog), uwielbiam oglądać wszystkie paradokumenty. TVN ma cudowną propozycję na spędzenie każdego dnia, ponieważ zaraz po Dzień Dobry TVN, leci ukochana Magda Gessler, a potem cudowny run programów "Ukryta prawda", "Szkoła", "19+" i "Szpital". W międzyczasie na Polsacie oczywiście "Trudne Sprawy" i "Dlaczego Ja", a na TV4 - "Policjantki i Policjanci". Na ogół gardzę takimi produkcjami, ponieważ ogłupiają ludzi, a gra aktorska jest na maksa chujowa, ale... to jest tak dobre na gnicie, że nie wiem, jak ktoś może tego nie oglądać. Te wszystkie problemy są tak bardzo wyssane z dupy, że często chciałbym, żeby życie naprawdę tak wyglądało.

5. Siarska muza

Tak. Słucham siarskiej muzy. Jak każdy z Was. No halo, kto nie lubi sobie czasem zapuścić starych hitów Dody, odkurzać przy Britney Spears "Toxic", drzeć mordy w aucie do Kaśki Cerekwickiej "Na kolana", gotować z "Hey Boy" Blog 27, czy jechać w pociągu z akompaniamentem Justina Biebera "Boyfriend". Nie wierzę, że nie znacie tych piosenek. Mogę jedynie przysiąc, że nigdy nie słuchałem disco-polo z własnej woli. Zazwyczaj jestem zmuszony przez moją mamę, dlatego znam te wszystkie hiciory. Z tym jest trochę tak, jak ze smakiem gówna. Nigdy go nie jadłem, ale wiem, że fasola po bretońsku właśnie tak smakuje. Tłumacząc moją błyskotliwą metaforę: nie muszę tego słyszeć, żeby wiedzieć, że chujowe.

6. The Sims

Wy mi powiecie - "Przecież każdy lubi sobie zrobić kilku simów, zatopić je w basenie albo zbudować fajną chawirkę". No i macie rację. Ale czy każdy lubi oglądać, jak inni ludzie na youtube budują domy, tworzą seriale na podstawie swojej gry, albo robią simowe wersje "Top Model"? Może tak, może nie. Dla mnie to guilty pleasure, bo, jak pojawia mi się taki filmik w proponowanych, to zazwyczaj kwituję to przestraszonym "nie mam pojęcia skąd to się tu wzięło". Bo serio, nie wiem, jak działa algorytm Youtube...

7. Toaleta

Ktoś (pewnie Paulo Coelho) kiedyś powiedział, że człowiek najlepiej się skupia, kiedy... siedzi na toalecie. I ja się z tym jak najbardziej zgadzam! Ile gier przeszedłem, na ile świetnych pomysłów wpadłem, a ile ciekawych rozmów telefonicznych przeprowadziłem... Wiem, to okrutne, kiedy rozmawiasz z kimś o poważnych rzeczach, a nagle w tle słyszysz dźwięk spłukiwania wody. Z tego miejsca przepraszam wszystkich, którzy doświadczyli tego z mojej strony. Naprawdę, nie da się tego zrobić po cichu... W każdym razie, zalicza się to w pewien sposób do guilty pleasures, bo z reguły nie mówię tego każdemu!

6 i pół. Eurowizja

Jestem fanem Eurowizji. Uwielbiam ten konkurs, bo lubię rywalizację między krajami. A bardziej od tej rywalizacji, kocham muzykę. Ta impreza z założenia ma być właśnie o niej. Kiedyś byłaby na pewno jednym wielkim wstydem, ale dzisiaj, po ostatnich trzech latach, kiedy poziom konkursu podniósł się o mniej więcej 100 %, uważam, że nie ma w nim już nic przaśnego, kiczowatego, żałosnego ani takiego. co sprawiałoby, że musiałbym się ukrywać z moją chorobliwą miłością do tej imprezy.

To by było na tyle. Oszczędziłem Wam wszystkich obrzydliwości, o których mógłbym napisać całą książkę, bo najzwyczajniej w świecie nie wypada. Napisałem o toalecie, ale moi drodzy, zdradzę Wam sekret. Dam sobie rękę uciąć, że nawet Ty, osobo która teraz to czytasz (swoją drogą, dzięki za to, że dotarłaś/łeś na sam koniec), w przeciągu ostatnich trzech dni... tak, powiem to... robiłeś... KUPĘ! Jeśli jednak nie, to znaczy, że jesteś chory i musisz jak najszybciej skonsultować się z lekarzem, bo zatrujesz sobie organizm!

Żeby jednak było sprawiedliwie, dajcie znać w komentarzu, czy wy też praktykujecie którąś z tych rzeczy. A może macie inne wstydliwe grzeszki? Możecie mi napisać, nikomu o tym nie powiem!

Nowszy post Starszy post Strona główna

4 komentarze:

  1. Praktykuje kupę i się tego nie wstydzę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozbawiły mnie te guilty pleasures z researchu - jak to tak czytałam to też miałam wrażenie, że moje całe życie to quilty pleasures! :D

    OdpowiedzUsuń