Ostatnio dodane


Nie ukrywam, że pisząc to, wychodzę ze swojej strefy komfortu. Spróbuję pociągnąć temat, który na Youtube jest jednym z najczęściej oglądanych. Tak, tak. Lebio próbuje doścignąć youtuberów - pisząc bloga. To trochę tak, jakbym jechał autobusem pełnym ludzi przy 32 stopniach i wmawiał sobie, że pięknie pachnie. No ale YOLO. Zaczynam.

(czytaj głosem 14 letniej dziewczynki)
Hejka kochani!
W dzisiejszym wpisie chciałbym Wam pokazać to, czego sobie nigdy nie kupię, bo mnie na to nie stać, nie jest to dla mnie ważne, albo po prostu na chuja potrzebne. Robię to, ponieważ HAULE ZAKUPOWE (swoją drogą, co to, kurwa, jest haul?) są popularne i nabiją wyświetlenia. To sprawi, że będę miał hajs z adwordsa i kupię sobie nowego Armaniego. A jako, że ja się zbuntuję i pokażę Wam czego nie kupię, to już w ogóle zapchacie mi serwery i w końcu będę pławił się w milionach. Hehehe, ŻART! Po prostu wiem, że jesteście wścibskimi świntuszkami i chcecie wiedzieć, czego sobie nie kupię.

Oto więc jest lista moich niezakupów:

1. RYBKI Z AKWARIUM

Rybki to najnudniejsze zwierzątka na świecie. Szanuje każde stworzonko (oprócz robali, sory), ale co to za satysfakcja, że takie małe potworki pływają tam i z powrotem, 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu? Ty im tylko sypniesz żarcie, pukniesz w szybkę od czasu do czasu, a raz na pół roku wymyjesz to, co zdążyły wysrać. Ani tego nie pogłaszczesz, bo zacznie się dusić, ani nie przytulisz, bo jest śliskie... i też zacznie się dusić. Ogólnie 1/10. A rybek bez akwarium nie chciałbym tym bardziej, bo gdzie niby miałbym trzymać same rybki, skoro nie mam nawet wanny?

2. DYWAN

Nigdy w życiu nie kupię dywanu. Kojarzy mi się z PRLem i Rosjanami. Zbierajo kurz i wszelkie choroby tego świata, a po jakimś czasie robią się permanentnie brudne i trzeba je zanosić na jakieś czyszczenie chemiczne - na co mnie to. Nawet nie można się na nich ślizgać tak, jak na panelach. Ani nigdzie polecieć, bo takie latające dywany nie istnieją. SERIO. Lepiej zainwestować w piękną podłogę, a dywan kupić tylko wtedy, kiedy kogoś przypadkiem zabijecie i trzeba będzie wynieść zwłoki. Jednak W11 to nie był taki głupi serial...

3. ZNAJOMI

Nie kupiłbym nigdy nowych znajomych, bo mnie na to nie stać, a już i tak jednych mam. I to za darmo. Więc po co mi inni? Przy tych płatnych trzeba mieć stały dopływ gotówki, która mnie się niestety zupełnie nie trzyma. Wiecie, skoro już zobaczyli, że ich kupuję, to potrzebowaliby mnie i moich pieniędzy ciągle. Czyli musiałbym jakieś jednak mieć. Zresztą, wiecie co, tak mi się teraz wydaje, że taka znajomość nie byłaby chyba do końća szczera...

4. HELIKOPTER

Pewnie się zdziwicie, ale boję się latać. Nie mam lęku wysokości. Po prostu uważam, że technika nie jest niezawodna i nie chciałbym oddawać całego swojego cennego życia w jej ręce. Co innego, jeśli potrąci mnie auto. Mam na to wpływ - mogę nie przepierdalać się przez to konkretne miejsce. A jeśli taki helikopter się rozleci, zabraknie w nim beny, cokolwiek - jak ja się uratuję? Jaki ja mam wpływ na to, że umieram? Zdecydowanie nie chcę helikoptera. Zresztą nie wiem nawet, gdzie miałbym go stawiać, bo pod moim domem nigdy nie ma wolnych miejsc do zaparkowania.

5. BIAŁY T-SHIRT Z CZERWONYM NADRUKIEM LEVI'S
Wszyscy mają taki t-shirt. Wygląda spoko, szpanersko, cud, miód, no ale jak już każdy ma, to co to za radocha?

6. AGENT GWIAZDY

Nie kupuję tego programu, bo dalej nie wiem, o co w nim chodzi. Jest Kinga Rusin, są jakieś celebryty, jakieś zadania, eliminacje, jeden z nich robi pozostałych w chuja, ale tak, żeby nie było wiadomo kto i jak, i z kim. Nie podoba mi się to, ja jednak lubię wiedzieć wszystko od razu, dlatego no nie chcę, no.

7. RÓŻOWY IPHONE 8S, 126 GB

Po pierwsze - nie chcę go, bo nawet takiego jeszcze nie ma, jakbyście nie wiedzieli... Po drugie, nie jestem bananem - hehehe, żartuje, szanuje. Ale tak serio, to naprawdę nie jestem. Po prostu nie rozumiem fenomenu iPhonów. Może to dlatego, że w ich cenie dostanę o wiele lepszy sprzęt na Androidzie, a może dlatego, że znowu - nie stać mnie na niego.

8. DOMEK W GÓRACH

Na razie mam jeszcze rok studiów, więc może jak już je skończę, to wtedy będę chciał taki domek. Bo jest to ogólnie moje wielkie marzenie, tyle, że teraz mnie nie stać nawet na małą kawalerkę. Ale spokojnie. Myślę, że jak już będę duży, to dam radę. W każdym razie teraz ten domek nie jest mi potrzebny.

9. SPRZĘT DO ĆWICZEŃ

Ciekawe gdzie na moich 49 m2, na których mieszkam z rodzicami i bratem, miałbym jeszcze wcisnąć ławeczkę do wyciskania i inne rzeczy, na których się robi bica. Przecież ledwo mieścimy tam mojego brata! Z resztą, cytując Karolinę z Project Lady - ja się upocę tu i tam, to jest niehigieniczne!
--------------------------------------------------------------------------

Lekka rozkmina na sam koniec. Jest to pytanie, które zadam wszystkim lubiącym oglądać HAULE ZAKUPOWE. Czy idąc ulicą, zastanawiacie się nad tym, co ktoś ma w reklamówce? Czy stojąc w kolejce w Tesco, obczajacie, co ludzie kładą na taśmę i na tej podstawie, wracacie, żeby kupić sobie to, co oni? 


Podobno gdzieś daleko, daleko, za siedmioma górami, lasami, dolinami, rzekami i innymi formami ukształtowania terenu oraz odmianami biocenozy, istnieje mityczna kraina zwana dorosłością. Każdy w wieku szkolnym marzy, by jak najszybciej przekroczyć jej granice i stać się pełnoprawnym mieszkańcem. Podobno są tam papierosy, alkohol, własne mieszkanie, prawo jazdy, prawdziwe miłości, legalny dostęp do porno i brak nauki.
Gówno.

Całe dzieciństwo chciałem być dorosły. Teraz mój dowód osobisty twierdzi, że jestem. I okazuje się, że to mega ssie.

Na szczęście, mentalnie nie czuję się dorosły. Wiadomo, są sytuacje, w których trzeba ugiąć szyję, ładnie się ubrać, panować nad wszelkimi "kurwami", które chcą wylatywać z ust na prawo i lewo. Bo świat dorosłych jest nudny. Trzeba mieć kij w dupie i uśmiechać się, kiedy szef przenosi Cię na jakiś chujowy dział. Trzeba brać odpowiedzialność za swoje czyny i zarabiać na godne życie. Płacić rachunki za prąd, rozliczać PITy, wybierać dobre ubezpieczenie. Dorosłość to ekonomiczna jazda samochodem. To spłacanie kredytów i pożyczek. To płacenie kartą i proszenie o wydruk potwierdzenia. To oddanie się drugiemu człowiekowi. Bo chcemy kochać i być kochani. Bo mimo wszystko, kiedy ciągniesz ten ciężki wózek zwany życiem, okazuje się, że ktoś może podać Ci do niego kółka. Może uzupełnić Twoją wiedzę o własne doświadczenia, otoczyć Cię troską, czy podać ostatni łyk wody, kiedy leżysz na łożu śmierci z przeziębieniem (jak też tak masz, daj suba). Pamiętaj tylko, że jeśli kochasz w związku bardziej, to jesteś na przegranej pozycji. Bo kiedy Ty będziesz płakać po rozstaniu, on/ona będzie już grała w szachy z kimś innym.

Dlatego dorosłość, to również świadomość, że nie możesz nikogo traktować jako pewniaka w swoim życiu. To ciężkie decyzje i ich skutki, które mogą się za Tobą ciągnąć. To niezliczone problemy i szukanie sposobów na ich rozwiązanie. Nieprzespane noce i ciągła walka z samym sobą. Udowadnianie sobie, że można lepiej, szybciej, dalej...

Siedemnaście lat to idealny wiek, w którym chciałbym się zatrzymać. Zero zmartwień o przyszłość, zero strachu o wszystkie powyższe rzeczy. To typowe życiowe "yolo", które sprawia, że jesteśmy odważni robić wszystko to, czego później nam nie będzie wypadać. Dlatego jest mi okropnie przykro, że już nigdy nie będę miał tych siedemnastu lat. Mimo tego... ja nie czuję się dorosły.

Moja złota rada. Podejdź do życia z dystansem. Baw się i spraw, żeby wszystkie te chujowe wymysły, zasady i zwyczaje świata dorosłych stały się dla Ciebie powodem do żartów. Ludzie poważni są nudni. Nie bądź nudny. Bo nie dość, że Ty nie ujebiesz, to inni nie ujebią z Tobą.

 A jako, że nie byłbym sobą, gdybym był kimś innym (hehe), więc na koniec zacytuję ogromny bilboard Dody w centrum Warszawy, którego podobno sama sobie nie postawiła.

 Nie inni, a Ty sam jesteś granicą swoich możliwości. Przekraczaj ją.

O ile w ogóle jakieś granice sobie stawiasz.


"Matkia jest tylko jedna, więc szanuj" - powiedział kiedyś pewien znany, przystojny i sympatyczny bloger. Może to byłem ja, a może ktoś inny - nigdy się nie dowiecie. Dzień Matki podobno powinien trwać cały rok, ale kto wydoliłby z hajsem na kupowanie tulipanów. Uczeni twierdzą więc, że 26 maja to oficjalna data, kiedy te tulipany jednak kupić trzeba. Jeśli brak hajsu doskwiera, zawsze istnieje zamiennik prawdziwego, polskiego tulipana, z pędu, kutykuli i miękiszu zasadniczego, ale szkło może powbijać się w ręce i więcej z tym problemu niż radości...

Dzień ten jest trochę śmieszny, bo zauważyłem pewną zależność. Rankiem mama nie krzyczy, jest potulna jak baranek, a swoją mimiką twarzy mówi: "gdzie są prezenty?!". Ten poranek różni się od tego zwykłego, pospolitego, kiedy talerz po pomidorowej z dwóch dni jest dla niej najważniejszą rzeczą na świecie, a usunięcie go wymaga trybu natychmiastowego. A to podobno dzieci komunijne czekają tylko na prezenty...

Okazja jest więc zacna, do zaprezentowania kilku przykładów zdań, których moja (ale Twoja pewnie też) mama nigdy nie wypowie. Prędzej oddałaby wszystkie zestawy garnków, nowego mopa automatycznego i suszarkę do sałaty, niż pozwoliła, by z jej ust wyleciały następujące zdania:

1. Zostaw ten syf, jutro też jest dzień!

2. Na naukę jeszcze przyjdzie czas...

3. Umyję twoje naczynia za ciebie!

4. Zrób imprezę u siebie, a my wyjedziemy gdzieś na weekend.

5. Taki głupi, to jednak po mnie, a nie po tatusiu.

6. Nie możesz iść bez pieniędzy... Masz tutaj [ kwota]

7. Nie miałabym serca brać od ciebie pieniędzy za to, że za ciebie piorę, sprzątam, gotuję i trzymam pod swoim dachem.

8. Nie sprzątnąłeś piachu, który naniosłeś z butów na podłogę, ale jebie mnie to.

9. Weź samochód, po co masz się tłuc autobusami...

10. Nie myśl o przyszłości, życie to zabawa!

Także tak.

Z okazji tego zacnego święta, życzę wszystkim mamuśkom ( a szczególnie mojej Asiuli), dużo zdrówka, cierpliwości, zero stresu! Żeby praca zawsze była łatwa, a ojcowie wyręczali Was we wszystkich domowych robótkach. I żeby Wasze dzieciory zawsze się słuchały i nie zostawiały śladów na świeżo umytej podłodze. Jesteście super, bo kochacie nas bezwarunkowo (więc w sumie nie macie wyjścia). Nie byłoby nas tu, gdyby nie Wasze dziewięciomiesięczne inkubatory brzuszne. Szacuneczek za poświęcenie figury i "nie ma za co" za to, że byliśmy usprawiedliwieniem wpierdzielania tony słodyczy! MAMA TO NAJLEPSZE STWORZENIE NA ŚWIECIE!

Jako BONUS, dodaję słowniczek określeń na mamę:

kiedy coś potrzebujesz - mamusia, mamunia, mamuniunia, mamcia, mateczka
kiedy mama wygląda fancy i jest kosą sto pro - mamita, mamacita, milf
kiedy jesteś gimbem - wapniara, mamuta, matka, starsza, geriatrara, parentsa, mamełe, zgredzia
kiedy jesteś debilem - stara


Dwa lata. Dokładnie tyle czasu publikuję tutaj moje wypociny. Czasem mądre, głównie głupie, ale jeśli chcecie je czytać to znaczy, że jesteście głupi Wam się chociaż troszeczkę podoba. Chciałoby się napisać jakiś banał, którym rzucają zazwyczaj inni blogerzy - "Wydaje się, jakby to było wczoraj" albo "Ach jak ten czas szybko leci!". Ja jednak ich nie użyję, bo osobiście wydaje mi się, że prowadzę tą stronę od urodzenia, co więcej - czasami wyobrażam sobie, jaki to nie jestem już znany i ile to książek nie wydałem. Wiecie, idę ulicą, a wszyscy ludzie dookoła cytują moje wpisy, prosząc o zdjęcie. Ja oczywiście odmawiam, bo przecież wyszedłem tylko po bułki, w piżamie, z rozwaloną fryzurą, więc trochę wstyd i zaraz wszystkie tabloidy się przyczepią. Potem się budzę i wszystko wraca do normy.

20 maja. Dzień w którym nie ma żadnego święta. Leży między 19 maja - dniem pamięci o ofiarach AIDS, oraz 21 maja - dniem kosmosu. Towarzystwo mam więc zacne. A co wydarzyło się tego dnia w historii? W 1921 roku, ówczesny prezydent USA podarował Marii Skłodowskiej-Curie kapsułkę z zawartością radu o wartości 100 tysięcy dolarów. Odczytuję to jako znak, że moje współprace blogowe będą mega dochodowe. Dalej. W 1992 roku, FC Barcelona zdobyła pierwszy raz Puchar Europy, a w 2006 roku, zespół Lordi z Finlandii wygrywa Konkurs Piosenki Eurowizji. Co to oznacza dla mnie? Wygraną - zawsze, wszędzie i z każdym. Blog roku 2017 - nadchodzę! 20 maja 2015 powstała strona Lebio.pl. Święto to nie jest jeszcze uwzględnione w Waszych kalendarzach, bo jest po prostu stosunkowo świeże.

FUN FACT:

Do końca roku zostało 155 dni roboczych, oraz 71 dni wolnych. Dwa razy więcej pracy niż odpoczynku. Czy to jest zdrowe, ja się pytam?

Koniec tych ciekawostek, przypomnijmy sobie, jak wyglądało podsumowanie pierwszego roku działalności:



Jak było w tym roku?

- Pousuwałem większość starych postów, więc ze 125 w pierwszym roku, zrobiło się 100 przez 2 lata.
- Facebook: z 1476 fanów zrobiło się 1715.
- Miałem okazję odbyć miesięczny staż w portalu Silesion.pl, z czego jestem bardzo zadowolony.
- Najbardziej poczytnym wpisem jest 10 miejsc na Śląsku, w których (nie) znajdziesz celebrytów - w całości napisany po śląsku.
- Najchętniej oglądaną sesją zdjęciową jest Sesja "Gardener" z Eweliną Niemiec.

A jak będzie w następnym roku?

- Pierwszym przystankiem będzie Blog Conference Poznań.
- Po głowie chodzi mi ciągle pomysł na kanał na Youtube.
- Nie mam pojęcia co dalej.

Czego mi możecie życzyć?

- Samozaparcia i większej motywacji. (Napiszcie w komentarzu, że mogę być kim chcę, czy po prostu "Życzę Ci samozaparcia i motywacji" i będzie super, bo ostatnio strona kuleje okropnie)
- Systematyczności.
- Kreatywności.
- Milionów na koncie.

Dzięki, że jesteście i czytacie! Na koniec zacytuję więc (już) klasyk:




Już tylko niecały miesiąc dzieli nas od największego muzycznego wydarzenia w Europie. Eurovision Song Contest z roku na rok prezentuje coraz wyższy poziom muzyczny, ale również i wizualny. Zapewne te jak i inne fakty (np. widowiskowość występów) sprawiają, że wydarzenie przyciąga coraz więcej widzów. W tym roku, dzięki ubiegłorocznej wygranej Jamali z Ukrainy, impreza odbywa się w Kijowie, a w biało-czerwonych barwach wystąpi Kasia Moś z piosenką "Flashlight". Jej walkę o wejście do finału będziemy mogli bacznie obserwować już 9 maja (wtorek). Jak jej piosenka zaprezentuje się na tle innych wykonawców? Tego zapewne dowiemy się dopiero podczas samego półfinału, ale już dzisiaj możemy prześledzić wszystkie tegoroczne propozycje, które powalczą o kryształową statuetkę oraz sławę (przynajmniej na kolejny rok).

Po ostatecznym wycofaniu się Rosji z konkursu, w grze zostały 42 kraje. Razem z autorką bloga Puszka Pandory, wybraliśmy naszą best hot dziesiątkę najlepszych utworów. Mam nadzieję, że Wam również przypadną do gustu! W przypadkowej kolejności - oto one:

1. SZWECJA 
Robin Bengtsson - I Can't Go On
Szwedzi stawiają ostatnimi czasy na dobre radiówki. I bardzo dobrze, bo są w nich genialni! Proste, ale efektowne show, refren wpadający w ucho, mocny wokal - mogę tak wymieniać dalej... Po prostu dobrze wyprodukowana piosenka, która już hula po rozgłośniach radiowych. Ma wszystko to, czego potrzebuje popowy hit. Przygotujcie się więc w maju na to, że w klubach, w samochodzie, w sklepie i u mechanika, wszyscy będą śpiewać, że oni "can't go on".

2. BELGIA
Blanche - City Light
Może jeszcze nie zczailiście, ale tą piosenkę wykonuje kobieta. I jest w tym jej dziwnym głosie coś, co idealnie komponuje mi się z tą dziwną melodią. Ja to kupuję. Teledysk sam w sobie również robi robotę. Zobaczymy jednak, jak Blanche zaprezentuje się w Kijowie. Jestem bardzo ciekawy. 

3. CYPR
Hovig - Gravity
Bynajmniej nie jest to piosenka Rag'n'Bone Man'a - "Human", ale cypryjska propozycja Ormianina Hoviga. Brzmi podobnie? Oczywiście, że tak. Ale trzeba przyznać, że w ucho wpada tak samo jak pierwowzór.

4. MACEDONIA
Jana Burceska - Dance Alone
Świeżych, nowoczesnych, elektronicznych brzmień nigdy mało! Macedonia w tym roku zszokowała mnie baaardzo i do walki wystawia taką perełkę! Siada mocno. Po pierwszym przesłuchaniu wydaje Ci się, że znasz już całą nutkę. Tutaj również polecam teledysk - majstersztyk!

5. WĘGRY
Joci Papai - Origo 
Jedna z najoryginalniejszych propozycji w tym roku. Hipnotyzujące orientalne brzmienia, w połączeniu z rapem - można? Mnie się to bardzo podoba! Nie przeszkadza mi nawet fakt, że kiedy słucham tego w aucie, czuję się jak cygan. Wydaje mi się, że czasami warto poczuć się cyganem...

6. NORWEGIA
JOWST - Grab The Moment
Norwegia idealnie wpisuję się w erę coachingu i motywacji wszelkiej maści. Fajne elektroniczne brzmienia podkręca tekst zagrzewający do łapania chwil. Dobra na siłkę, kiedy robisz plecy, nogi czy barki, albo wyciskasz to, co wyciska się na siłowni (sorry, nie wiem jak się to nazywa). W każdym razie, jak aktywność fizyczna, to Norwegia w tym roku!

7. SZWAJCARIA
Timbelle - Apollo
Już po pierwszym przesłuchania była moją faworytką. Piękna kobieta, z pięknym głosem i pięknym show (i pięknym biustem też!), śpiewa piękną piosenkę o miłości. Można chcieć więcej? Można! Bo w występie z preselekcji, na zakończenie miała "deszcz" czerwonych płatków róż - to już w ogóle mnie przekonało. Szwajcaria mocno skradła moje serduszko.

8. BUŁGARIA
Kristian Kostov - Beautiful Mess
Najmłodszy uczestnik tegorocznej Eurowizji (17 lat!). W jego wypadku chyba nie trzeba niczego pisać. Piosenka broni się sama. Moim zdaniem jest to faworyt całego konkursu.

9. IZRAEL
IMRI - I Feel Alive
Klubowa łupanka, do której można poskakać, pobujać się, pośpiewać... - można ogólnie wszystko. Zadatki na wygraną słabe, ale na imprezie zamiast po raz tysięczny bawić się do "Tsunami" czy innego "Animals", można posłuchać klubowej nutki z Izraela.

10. HISZPANIA
Manel Navarro - Do It For Your Lover
Wakacyjna piosenka, która może lecieć w tle, gdy orzeźwiający wiatr przeczesuje Ci włosy, gorące promienie słońca delikatnie prażą Twoją skórę, a z oddali słychać: "Kuuuuu-kurydza, oooo-rzeszki, popcorn!". W radio będzie grane jak nic. Nie rozumiem tylko, czemu tak wiele osób nie cierpi tej piosenki. Przecież to jest takie miłe...

Przyznam szczerze, że zgłupiałem. Już w przedszkolu było przecież mówione, że pierwszy dzień wiosny obchodzimy 21 marca. Wtedy zawsze ubieraliśmy miotłę w jakieś szmaty, które wypychaliśmy słomą. Potem już wiadomo jaki los ją czekał. Denatka albo płonęła, albo nurkowała w najbliższym ścieku udającym rzekę (na Śląsku mamy tylko takie). Dlatego też zbaraniałem, dostając wczoraj tonę snapów o treści "hasztag wiosna", "wiosna nakurwiła", "elo pani wiosno". Czyżbym przegapił, kurdebele, pierwszy dzień wiosny i nie przygotował specjalnego wpisu z tej okazji?! Z twarzą Melanii Trump gugluje jak najszybciej "kiedy jest pierwszy dzień wiosny" i okazało się, że są dwa pierwsze dni wiosny! Astronomiczna i kalendarzowa. Dla niektórych może się wydawać to bardzo oczywiste - dla mnie takie jednak nie było, proszę mnie nie oceniać, jestem tylko studentem. Bogatszy jednak o tę wiedzę, ze spokojem zasiadłem do przygotowania wpisu pachnącego konwalią i petem przebijającym się przez ostatnie resztki śniegu. Oto on!

Przez ostatnie dni przeprowadzałem badania wśród najbliższych mi osób, czyli sam sobie odpowiadałem na zadawane przeze mnie pytanie. Ankietowani (ja) niechętnie odpowiadali na dość trudne zagadnienie związane z końcem zimy. Ostatecznie jednak udało mi się wyciągnąć od nich kilka ciekawych rzeczy, które podsumowałem.

CO MOŻNA UTOPIĆ PIERWSZEGO DNIA WIOSNY?

1. SMUTKI I ŻALE

Taką odpowiedź wskazało 25% ankietowanych. Koniec zimy, to idealny czas na przypomnienie sobie, jak bardzo jesteśmy nic nie warci, niczego nie osiągniemy, że turnus mija, a Ty niczyja, a do tego śnieg opadł, a Twoje sadełko zachowało się tak jakby było odporne na dodatnie temperatury. Zgadzam się więc z tym, że śmiało pierwszego dnia wiosny, możemy iść się solidnie najebać.

2. MARZENIA

Podobno najśmieszniejszy żart, to Twoje marzenia. I coś w tym jest, skoro 17% ankietowanych tak uważa. Ja np. marzę o tym, żeby pisać do najlepszych gazet świata, wiedząc, że gazety umierają. Uważam jednak, że trochę w dupach nam się poprzewracało i jesteśmy zbyt wymagający. Kiedyś marzyłem o tym, żeby Pani z matmy zachorowała, bo nie ogarniałem funkcji. I zachorowała. Moje życie było spełnione. Dzisiaj? Marzę o zajebistym mieszkanku i kozackim samochodzie... Może lepiej utopić te marzenia na wiosnę, serio...

3. DZIECKO SĄSIADÓW

Ja sam tak nie uważam, ale ankietowani owszem. Głupi ankietowani. Dzieci sąsiadów to cudo natury i naturalny budzik, dzięki któremu nie zaśpisz na uczelnię, bo młody wie o której drzeć japę po szamkę. Wszystkie dzieci nasze są, więc żadnych nie topimy moi drodzy!

4. PIENIĄDZE

Z ciężkim sercem muszę przyznać, że tak jest. Topimy notorycznie pieniądze w głupich rzeczach. Czy ktoś pobije moje narzędzie do gazowania wody, po które jechałem specjalnie do Tych(tamtych hehe)? Wydawało mi się to niezbędne do dalszego funkcjonowania w społeczeństwie. Ktoś kiedyś nie powiedział, że jeśli posiadasz gazowator (naprawdę nie wiem jak to nazwać), to osiągnąłeś w życiu wszystko? Jak ktoś tak powiedział, dajcie mi proszę znać, bo ja dalej szukam tej osoby. W każdym razie mama mówi, że lepiej te pieniądze utopić w szambie, niż wydawać na takie głupoty. Ja jednak proponuję nie topić ich w szambie, ale w jakimś charytatywnym celu. W końcu wiosna to okazja dobra, jak każda inna!

5. MARZANNĘ

2 % ankietowanych. Nie lubię tego zwyczaju, bo szybko przywiązuję się do rzeczy. Nadaję im imiona i cechy charakteru, oswajam, a potem mam zabić? To trochę tak, jakby profesor Atomus, stworzył z cukru, słodkości i różnych śliczności Atomówki, a potem powiedział - Elo, mamy wiosnę, gińcie w rzece". Nie podoba się mnie to!

6. SIĘ

24% ankietowanych uważa, że pierwszego dnia wiosny, chętnie utopią siebie. Skoro tak uważacie, to się topcie, ale mnie w to nie mieszajcie...

7. PODWODNEGO KRETA

40% ankietowanych! Obrzydliwi są Ci ankietowani!



To by było na tyle! Jak zawsze, czekam na Wasze propozycje, co wy utopicie na wiosnę. :) Ja utopiłem wygląd mojego pokoju, bo zrobiłem przemeblowanie! Od razu lepiej, wiosennie!

P.S. Pojedyńcza, prosta, przecinająca dłoń linia, to jedna z cech wyróżniającą osobę z zespołem Downa. 21 marca oprócz KALENDARZOWEJ wiosny, jest również Światowym Dniem Zespołu Downa. Zróbcie sobie fotkę z czarną linią na ręce i wrzućcie na swoje social media z hasztagiem #liniaprosta, a telewizja Lifetime przekaże za Wasze foto 5 zł na rzecz Stowarzyszenia Bardziej Kochani! Ja już dodałem!

P.S.2 Nie chce ktoś kupić gazowacza do wody?


"Nie śpię, bo trzymam kredens", "Jak nie spłonąć na cmentarzu", "Pobił matkę krakowską" - mogę tak wyliczać w nieskończoność. Tytuły tabloidów rządzą się swoimi prawami i nikt nie jest w stanie tego zmienić. Jawna masturbacja tanimi sensacjami przynosi jednak spore zyski, skoro w dalszym ciągu Fakt, czy inny Super Express sprzedaje się całkiem nieźle. Pracownicy takich gazet często określani są hienami, bo uciekają się do bardzo radykalnych sposobów zdobywania informacji, odsuwając na bok swoje zasady moralne. Klikalność jest aktualnie ważniejsza od dobrego wychowania, a wyrachowanie to dla nich chleb powszedni. Owocem takiej mieszanki są przezajebiste tytuły artykułów, które ukazują się w naszych gadzinówkach, bulwarówkach, pismakach, szmatławcach albo po prostu - w brukowcach.

Najczęstszą tematyką są wszelkiego rodzaju dziwne przestępstwa (fot.1, fot. 2, fot.3), dziwne potwory (fot.4), oraz nieprawdopodobne historie (fot.5, fot.6, fot.7). 
fot.1
fot.2
fot.3
fot.4
fot.5
fot.6
fot.7
Medialną biegunką okazała się jednak historia Katarzyny Waśniewskiej, znanej szerzej jako Mama Madzi z Sosnowca. To, co tabloidy wtedy odjebały, to był taki smród... Sesje zdjęciowe, wywiady z życiowymi wyznaniami po zabiciu córki(!)(fot.8), artykuły o tym jak się odżywia (fot.9), komentowanie jej stylu, fryzur, makijażu (fot.10). Media zaczęły skupiać się na samej postaci Waśniewskiej, a nie na okropnym czynie, którego dokonała. Przed pójściem do paki, zabójczyni zdążyła wydać książkę, sprzedać kilka tajemnic do gazet, czy wystąpić w dokumentach o niej samej. Jej sprawa przypominała łudząco sytuację Amandy Knox, która to w ramach Erasmusa, zajebała swoją kumpelę. Ostatecznie została oczyszczona z zarzutów, a cała sytuacja przyniosłs jej ogromną sławę. Powstał film, kilka książek, w grę zaczęły wchodzić poważne, wysokobudżetowe deale. Dzisiaj jest dziennikarką w lokalnej gazecie i stara się pomagać ofiarom błędnych oskarżeń. Mama Madzi różni się od niej tylko tym, że dalej siedzi. Jaki kraj, taka Amanda Knox.
fot.8
fot.9
fot. 10
Czytając niektóre nagłówki, jestem załamany. Ja rozumiem, że tytuł musi być chwytliwy, ale czy Ci dziennikarze nie uważają, że tym sposobem obrażają swoich czytelników i robią z nich najzwyczajniej w świecie idiotów? Chyba, że zamysłem jest wywołanie uśmiechu u czytelnika. Wtedy przyznam, cel został osiągnięty! Co więcej, wybrałem swój ulubiony tytuł, który może idealnie określać moje życie za kilka lat. Nie pytajcie czemu. 

Kto z Was czyta tabloidy? Poniżej prezentuje kilka specjalnie wyselekcjonowanych przeze mnie tytułów, które powinny się Wam spodobać. Nie ma za co! :)







Wstydliwe przyjemności to ogólnie bekowa sprawa. Każdy z nas przeżył kiedyś taką rozmowę, w której okazało się, że coś, co uwielbiasz, jest przez resztę społeczeństwa zrównywane z gównem. I teraz pomyśl, jak się czujesz, kiedy udajesz, że wcale tak jednak nie uważasz, że ogólnie oglądasz Jaka to melodia? dla beki i nie rozumiesz, jak ktoś może tak na serio.

Tak właśnie wygląda moje życie. Seria wymigiwania się z podejrzeń o to, że wszystko, co kiczowate i mało fancy, to nie ja. No bo: "Co? Oglądasz Eurowizję?", "Wyłącz to gówno, Paweł. Blog 27 serio jest chujowy!" albo "Jak możesz pić keczup?!". Oczywiście, że nie. Przy Was nigdy!

Guilty pleasures, na chłopski rozum, to rzeczy, których czujemy, że nie powinniśmy lubić, ale dalej lubimy. Robiłem research wśród innych blogerów, jakie hardcorowe przyjemności sobie fundują, ale nie mówią o nich głośno. W większości byłem zawiedziony... Okazało się, że moje życie jest jednym wielkim guilty pleasure. I jak ja mam napisać coś o moich wstydliwych przyjemnościach, skoro dla innych są to tak bardzo przyziemne rzeczy, jak chociażby... nie wiem, oglądanie Sexmasterki. Pewien prawnik po powrocie do domu ogląda memy - no dramat. Prawnik i memy?! Powinni go zawiesić w prawach prawników. Mam więcej przykładów osób, które niechętnie pochwaliły się swoimi cichymi grzeszkami. Pani pracująca w muzeum po kryjomu ogląda Pretty Woman, dziennikarka przeczytała książkę "Make Life Harder", a sama Hilary Clinton ogląda program o parze, która dekoruje mieszkania. Czy tylko ja nie rozumiem, co w tych rzeczach jest takiego "guilty"?

Po ciężkim rachunku sumienia, wybrałem moje słodkie przyjemności, które sprawiają, że moje serduszko płonie z radości. Bo przecież koniecznie chcecie wiedzieć o mnie jak najwięcej, prawda?

1. Paprykarz


Niby nic dziwnego. Każdy z nas je paprykarz. Ale czy każdy o tym mówi? Przypomnijcie sobie wszystkie te najgorsze momenty w życiu, kiedy musieliście powiedzieć kilka słów o sobie. Czy ktokolwiek z Was przyznał się, że kocha paprykarz? Nie. Ja też nie. Nawet na angielskim, kiedy uczyliśmy się o jedzeniu, na pytanie "What food do you like?" odpowiedziałem pizza, albo spaghetti (bo jest tak samo po polsku). Dzisiaj jestem ponad to i, gdybym mógł cofnąć czas, wróciłbym na salę i powiedział - "I like paprykarz. Paprykarz szczeciński. Cebula too, and everything with czosnek". Taki bym był. A co.

2. Żony Hollywood

Jak już pochwaliłem się moim angielskim, to od razu przejdę do mojej fascynacji, którą są Polki, mieszkające w Stanach Zjednoczonych. "Kobiety sukcesu", które swój sukces zawdzięczają głownie bogatemu mężowi. Nie liczy się jednak jak, tylko sam fakt. Nie ma nic bardziej fascynującego, niż oglądanie, jak nasze rodzime blondynki całe dnie "harują" nad swoim wyglądem, aby mąż po powrocie z pracy mógł za to dać im na nowego szanela. No kocham! Uświadamiam sobie, że przez całą godzinę, dzieje się tam... zupełnie nic, ale problemy dnia codziennego tj. kolor nowego samochodu ("Ja myślałam, że to będzie czerwone ferrari"), brak diamentów w pierścionku (słynne "No diamonds?"), pies Tobby, który nie chce chodzić po czerwonym dywanie ("Ty chodź po ten carpet!"), oraz pytania natury egzystencjalnej - "Czy five milions to dużo?" sprawiają, że jednak mamy jakiś "zarys" ciekawych wątków. Na uwagę zasługuje również polinglisz bohaterek.

3. Syndrom starej baby

Uwielbiam podsłuchiwać obcych ludzi. Nie tylko obcych, ale też. Kiedy jadę pociągiem czy autobusem, zazwyczaj słucham muzyki na słuchawkach. Jak tylko widzę jakąś dramę, wyciszam muzykę i udaję, że w ogóle nie obchodzi mnie ta rozmowa. Nawet dalej podryguję nóżką, żeby nie było. W końcu wcale nie interesuje mnie to, że Bożenę oszukała gazownia. Ja po prostu... Lubię wiedzieć. Kiedyś byłem na tyle bezczelny, że wyciągałem słuchawki i nie starałem się w żaden sposób chować mojej wścibskości. Dzisiaj jestem jednak o tę wiedzę mądrzejszy.

4. Góralski folklor

Nic tak nie rajcuje mojego serduszka jak dobra, góralska muza, do której kierpce same tańczą zbójnickiego, a ciupaga w powietrzu lata jak szalona. Niestety, jeszcze nie zaopatrzyłem się w parę takich fikuśnych bucików - na szczęście wszystko przede mną. Zastanawiam się, jak można nie kochać tych skrzypiec, tej gwary, tej kultury, tego wszystkiego, no! Kiedy pewnego razu byliśmy ze znajomymi na weekend w Krakowie, trwał tam akurat festiwal folkloru. Były występy prezentujące kulturę wielu krajów. Jako, że moich psiapsi raczej nie interesują takie "głupoty", oni poszli zwiedzać Costy i Starbucksy, a ja zasiadłem wraz z innymi współtowarzyszami biesiady (średnia wieku 50+) i czekałem na "naszych" górali. Może to wina tego, że gdzieś tam jakieś góralskie ślady krwi we mnie są, a może to po prostu zjebanie. Ale don't judge!

4. Paradokumenty

Jak może już zdążyliście zauważyć (albo i nie - a jeśli nie, to zapraszam do polubienia fanapge'a www.facebook.pl/lebioblog), uwielbiam oglądać wszystkie paradokumenty. TVN ma cudowną propozycję na spędzenie każdego dnia, ponieważ zaraz po Dzień Dobry TVN, leci ukochana Magda Gessler, a potem cudowny run programów "Ukryta prawda", "Szkoła", "19+" i "Szpital". W międzyczasie na Polsacie oczywiście "Trudne Sprawy" i "Dlaczego Ja", a na TV4 - "Policjantki i Policjanci". Na ogół gardzę takimi produkcjami, ponieważ ogłupiają ludzi, a gra aktorska jest na maksa chujowa, ale... to jest tak dobre na gnicie, że nie wiem, jak ktoś może tego nie oglądać. Te wszystkie problemy są tak bardzo wyssane z dupy, że często chciałbym, żeby życie naprawdę tak wyglądało.

5. Siarska muza

Tak. Słucham siarskiej muzy. Jak każdy z Was. No halo, kto nie lubi sobie czasem zapuścić starych hitów Dody, odkurzać przy Britney Spears "Toxic", drzeć mordy w aucie do Kaśki Cerekwickiej "Na kolana", gotować z "Hey Boy" Blog 27, czy jechać w pociągu z akompaniamentem Justina Biebera "Boyfriend". Nie wierzę, że nie znacie tych piosenek. Mogę jedynie przysiąc, że nigdy nie słuchałem disco-polo z własnej woli. Zazwyczaj jestem zmuszony przez moją mamę, dlatego znam te wszystkie hiciory. Z tym jest trochę tak, jak ze smakiem gówna. Nigdy go nie jadłem, ale wiem, że fasola po bretońsku właśnie tak smakuje. Tłumacząc moją błyskotliwą metaforę: nie muszę tego słyszeć, żeby wiedzieć, że chujowe.

6. The Sims

Wy mi powiecie - "Przecież każdy lubi sobie zrobić kilku simów, zatopić je w basenie albo zbudować fajną chawirkę". No i macie rację. Ale czy każdy lubi oglądać, jak inni ludzie na youtube budują domy, tworzą seriale na podstawie swojej gry, albo robią simowe wersje "Top Model"? Może tak, może nie. Dla mnie to guilty pleasure, bo, jak pojawia mi się taki filmik w proponowanych, to zazwyczaj kwituję to przestraszonym "nie mam pojęcia skąd to się tu wzięło". Bo serio, nie wiem, jak działa algorytm Youtube...

7. Toaleta

Ktoś (pewnie Paulo Coelho) kiedyś powiedział, że człowiek najlepiej się skupia, kiedy... siedzi na toalecie. I ja się z tym jak najbardziej zgadzam! Ile gier przeszedłem, na ile świetnych pomysłów wpadłem, a ile ciekawych rozmów telefonicznych przeprowadziłem... Wiem, to okrutne, kiedy rozmawiasz z kimś o poważnych rzeczach, a nagle w tle słyszysz dźwięk spłukiwania wody. Z tego miejsca przepraszam wszystkich, którzy doświadczyli tego z mojej strony. Naprawdę, nie da się tego zrobić po cichu... W każdym razie, zalicza się to w pewien sposób do guilty pleasures, bo z reguły nie mówię tego każdemu!

6 i pół. Eurowizja

Jestem fanem Eurowizji. Uwielbiam ten konkurs, bo lubię rywalizację między krajami. A bardziej od tej rywalizacji, kocham muzykę. Ta impreza z założenia ma być właśnie o niej. Kiedyś byłaby na pewno jednym wielkim wstydem, ale dzisiaj, po ostatnich trzech latach, kiedy poziom konkursu podniósł się o mniej więcej 100 %, uważam, że nie ma w nim już nic przaśnego, kiczowatego, żałosnego ani takiego. co sprawiałoby, że musiałbym się ukrywać z moją chorobliwą miłością do tej imprezy.

To by było na tyle. Oszczędziłem Wam wszystkich obrzydliwości, o których mógłbym napisać całą książkę, bo najzwyczajniej w świecie nie wypada. Napisałem o toalecie, ale moi drodzy, zdradzę Wam sekret. Dam sobie rękę uciąć, że nawet Ty, osobo która teraz to czytasz (swoją drogą, dzięki za to, że dotarłaś/łeś na sam koniec), w przeciągu ostatnich trzech dni... tak, powiem to... robiłeś... KUPĘ! Jeśli jednak nie, to znaczy, że jesteś chory i musisz jak najszybciej skonsultować się z lekarzem, bo zatrujesz sobie organizm!

Żeby jednak było sprawiedliwie, dajcie znać w komentarzu, czy wy też praktykujecie którąś z tych rzeczy. A może macie inne wstydliwe grzeszki? Możecie mi napisać, nikomu o tym nie powiem!